wtorek, 10 czerwca 2014

Fluttering Whisper / rodział III /

Łohoho, trochę mi to zajęło. Przykro mi, że sam muszę czekać tyle na kolejny rozdział. No niestety, nie każdy ma talent do pisania :x

Koniec roku się zbliża, macie konkretne plany na wakacje? ^^
Ja już mam przygotowany stosik książek do przeczytania :3

Dobra, zapraszam do czytania c:
Take care ~


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wieczór mógłby skończyć się naprawdę miło. Po reakcji Chandu domyśliłem się, że znów chodzi o tego Yongnama. Chłopak wstał zdenerwowany i rzucił mi szybkie spojrzenie.
- Posłuchaj uważnie…
Powiedział do telefonu, zaciskając zęby. Jednak osoba po drugiej stronie słuchawki najwyraźniej nie chciała słuchać, bo prawdopodobnie się rozłączyła. Brunet patrzył na ściskany w ręce telefon z wyraźnym brakiem zadowolenia.
- Pójdę już, muszę porozmawiać z ojcem.
Zgodziłem się bez protestów, nie narażając się zdenerwowanemu chłopakowi. Odprowadziłem go do drzwi, a nasze pożegnanie wcale nie było czułe.
- Śpij dobrze, Chandu.
Nachyliłem twarz do pocałunku, ale niestety spotkałem się z rozczarowaniem. Chandu przeszedł przez próg i lekko się odwracając rzucił krótko:
- Do jutra.
Ugh. On jest wściekły, a ja na tym tracę. Miałem ochotę trzasnąć drzwiami, ale szybko ogarnąłem, że przecież jestem u siebie i trzask nie przyniósłby zamierzonego efektu. Trzymając jedną rękę blisko brzucha, zamknąłem drzwi i poszedłem prosto do swojego pokoju. Dawno nie widziałem takiego syfu. Kopnąłem gdzieś w kąt kable ciągnące się po podłodze. Skąd nagle tak ich się namnożyło? Brudne ciuchy rzuciłem na jedno krzesło, te w których da się jeszcze chodzić na drugie, zebrałem z biurka brudne kubki i położyłem je na schodach prowadzących do salonu. Mama weźmie je do kuchni jak wróci z pracy. Ułożyłem jeszcze kilka książek na półce i położyłem się na łóżku. Ten sufit wydawał się bardziej interesujący niż wszystko inne. Kiedy moja pozycja wydała się wystarczająco wygodna, spokój moich uszu zakłócił dzwoniący telefon. Super. Wyciągnąłem zdrową rękę w stronę biurka, jednak nie byłem w stanie go dosięgnąć. Z pomrukiem niezadowolenia wstałem i rozglądałem się nad miejscem mojej nauki. Uhh, no nie. Nie chce mi się iść po telefon aż na dół. Mógłbym go zignorować, ale dzwoniąca do mnie osoba chyba miała coś ważnego, bo sygnał bynajmniej nie słabł.  Z bardzo niezadowoloną miną zwlekałem się po schodach i chwyciłem wibrujący telefon. Jakiś nieznany numer.
- Jak tam, słoneczko, Chan  przekazał Ci dobre wieści? Mam nadzieję, że nie będziesz mnie unikał, wiążę z nami większe plany.
- Co?! To Ty?! Po co Ty w ogóle do mnie dzwonisz? I skąd masz mój numer?
Poirytowałem się, a w odpowiedzi dostałem tylko cichutki śmiech dzwoniącego.
- Z czego się śmiejesz, idioto? Daj mi spokój, nie chcę z Tobą rozmawiać, jestem z Chandu!
Zaakcentowałem dosadnie, żeby Yongnam zrozumiał, że nie mam ochoty z nim rozmawiać. Usłyszałem delikatny podmuch powietrza w słuchawce, co świadczyło o tym, że ktoś po drugiej stronie się uśmiechnął. Naprawdę się wkurzyłem. Co on sobie wyobraża, wydzwaniać tak do mnie, jak do..jak do…jak do jakiegoś swojego kolegi, tak.
- Jesteś uroczy kiedy tak się wkurzasz, przecież tylko rozmawiamy.
-Ale ja nie chcę z Tobą rozmawiać!
- W takim razie czemu się nie rozłączysz?
Odsunąłem na chwilę telefon od ucha i spojrzałem na czerwoną słuchawkę, kończącą rozmowę. Właśnie, dlaczego od razu się nie rozłączyłem?
- Nie chciałem być niegrzeczny, ale teraz widzę, że muszę!
Wyrzuciłem z siebie szybko i rzuciłem słuchawką. Patrzyłem na telefon i zastanowiłem się przez moment, czemu tak naprawdę się nie rozłączyłem. Przecież nie zależało mi na rozmowie z tym idiotą. Może po prostu byłem ciekawy co chce mi powiedzieć? Nie, to nie powinno mnie obchodzić. Może myślałem, że powie mi coś o Chandu? Nie, w tym momencie zupełnie nie myślałem o moim wkurzonym chłopaku. Jedyną rozsądną opcją jest ta, że byłem zbyt zszokowany faktem telefonu od tej osoby, więc po prostu nie pomyślałem. Tak, jakoś nie wpadło mi to głowy, żeby się rozłączyć, jestem zbyt uprzejmy. Schowałem telefon do kieszeni i znów wszedłem po schodach do własnej sypialni, gdzie czekało na mnie mięciutkie łóżko. Położyłem się w pozycji, z której mnie wyrwano i zamknąłem oczy, wyobrażając sobie coś przyjemnego, przyśpieszając tym samym zaśnięcie. W sekundzie siedziałem w kawiarni Park i popijałem pyszne americano. Naprzeciw mnie siedział chłopak, śmialiśmy się, rozmawialiśmy i raczej dobrze czuliśmy się w swoim  towarzystwie. On też pił kawę. W pewnym momencie chwycił mnie za dłoń i delikatnie ją gładził, a ja uśmiechałem się, patrząc mu w oczy. Zaraz. To były JEGO oczy. Czarne, błyszczące oczy Yongnama. Potrząsnąłem szybko głową i znów patrzyłem w biały sufit. Chyba jestem po prostu trochę zły na Chandu, to tyle. Pomyślałem, że lepiej będzie już sobie nic nie wyobrażać, odwróciłem się na drugi bok i po prostu zasnąłem.


***


                Wbrew pozorom, wtorki są jeszcze gorsze niż poniedziałki. Nienawidzę wtorków. Zwłaszcza wtedy, gdy mój szkolny budzik nie dzwoni i muszę zebrać  się do wyjścia w minutę. Zerwałem się z łóżka, zapominając o odniesionych wczoraj urazach. Ubrałem jeden rękaw koszuli, co było dużym błędem. Jęknąłem z bólu i mocno przycisnąłem do siebie ramię. Aishh, lepiej być nie mogło. Delikatnie skończyłem się ubierać, pamiętając o spakowaniu do szkoły temblaka. Nie wytrzymałbym całego dnia z tą ręką. Wepchnąłem go gdzieś pomiędzy książki i, niosąc torbę na innym niż zawsze ramieniu, zszedłem na dół. Chandu od wczoraj się nie odezwał, więc chyba na mnie nie czekał. Nie wiem. Ja na pewno do niego nie napisze pierwszy, przecież to na ojca był wściekły, nie na mnie, więc czemu ma do mnie nie pisać? Nie miałem czasu nawet zjeść śniadania, zabrałem tylko kilka tabletek i szybkim krokiem wyszedłem z domu, zmierzając w kierunku szkoły. Chandu nie czekał przy bramce. Pogrążony w myślach, doszedłem do szkoły jeszcze szybciej niż normalnie. Na szczęście nie spóźniłem się na pierwszą matematykę. Kiedy wszedłem na główny korytarz, ludzie popatrzyli na mnie szukając znów atrakcji, jednak tym razem ich rozczarowałem, ponieważ nie trzymałem żadnego chłopaka za rękę. Świry. Skoczyłem jeszcze do szafki, z zamiarem zostawienia paru książek, przecież nie będę ich tak dźwigał na ramieniu przez cały dzień. Z reguły rzeczy wylatują mi z rąk nawet jeśli obie są zdrowe, więc mógłbym się spodziewać upuszczenia jakiegoś podręcznika. Oparłem się o metalową szafkę i zacząłem wkładać do niej książki jedną ręką. Dzięki mojej ciapowatości, już po chwili jedna z nich leciała z pędem w stronę podłogi. Zamknąłem oczy i przygotowałem się na dudniący odgłos posadzki, jednak spotkałem się  z miłą niespodzianą. Choć właściwie jak się teraz okazało, nie tak miłą.
- Przecież bym Ci pomógł, gdybyś poprosił.
Yongnam uśmiechnął się bezczelnie i włożył do mojej szafki dopiero co złapaną książkę. Stałem jak wryty. Poważnie, musiałem mieć najgłupszą minę na świecie, ale najzwyczajniej ten koleś był ostatnią osobą, której bym się tu spodziewał.
- Co..co..co Ty tu robisz?
Wyjąkałem jakby zmienionym głosem.
- To jest szkoła, nie? Każdy może tu wejść.
Zagotowało się we mnie. Matko, jak ten koleś działa mi na nerwy. Za kogo on się uważa, tak sobie wchodzić do mojej szkoły.
- Co Ty, śledzisz mnie? Daj mi spokój, nie wiem w ogóle co Ty sobie wyobrażasz…
- Przestań tak strzelać dupą, chciałem tylko porozmawiać. To jedyne miejsce, gdzie mogę do Ciebie podejść, a Chandu nie będzie chciał mnie zabić.
Próbowałem stanowczo zakończyć tą rozmowę, jednak brunet przerwał mi bardziej stanowczo. O czym on chce niby ze mną rozmawiać? Nie podoba mi się ta cała szopka.
- Widocznie Chandu ma powód, żeby chcieć Cię zabić.
Trzasnąłem szafką i minąłem ponownie ubranego na czarno kolesia. Nie mam pojęcia po co wstawiłem się za Chandu. A właśnie, wyciągnąłem z kieszeni telefon by sprawdzić, czy Chandu przypadkiem nie napisał. Nim zdążyłem odblokować, Yongnam krzyknął, żebym zaczekał. Nawet się nie odwróciłem. Dobiegł do mnie i szybko mnie wyprzedził.
- Nie poddaje się tak łatwo. Dzwoniłem wczoraj, więc mój numer już masz. Gdybyś zmienił zdanie, pisz.
Uśmiechnął się całkiem ładnie i wyszedł ze szkoły. Co to za koleś? Już dawno nikt mnie nie irytował tak jak on. Pewnie myśli, że do niego napiszę. Może czekać na tego sms ‘a do śmierci, bo nie zamierzam do niego pisać. Spojrzałem wreszcie na ten telefon. 1 nowa wiadomość. Od  Chandu.

‘Może wpadniesz do kawiarni dziś po lekcjach? Będę czekał. ’

No. Uśmiechnąłem się do ekranu. Wszystko jest w porządku, Chandu ochłonął po wczoraj, będzie dobrze. I po co przejmować się jakimś świrusem? Zajrzałem w historię połączeń i rozwinąłem pasek opcji nad wczorajszą rozmową z nieznanym numerem. Przesunąłem palec bliżej opcji ‘Usuń’, ale przez ułamek sekundy niekontrolowanie zadrżał. Może jeszcze przyda mi się ten numer, nigdy nic nie wiadomo, może Chandu będzie go kiedyś potrzebował, czy coś. Może zapiszę go, żeby wiedzieć następnym razem jak będzie dzwonił i nie podnosić. Tak, to dobry pomysł. Zapisałem kontakt jako Han Frajer Yongnam i schowałem telefon do kieszeni. Dopiero teraz zorientowałem się, że korytarz jest całkiem pusty, a lekcja trwa już dobre 20 minut. Założyłem pośpiesznie temblak na rękę i biegiem popędziłem do sali, gdzie tortury dla uczniów szykował właśnie szkolny matematyk.
                Tylko kilka osób spytało się, czy wszystko w porządku z moją ręką, co było totalnie bez sensu, bo przecież gdyby było w porządku to bym nie nosił tego temblaka. Ale uśmiechałem się miło i dziękowałem im za troskę. Pomimo perspektywy spotkania z Chandu, odczuwałem jakiś nieznany niepokój. Co chwila spoglądałem na telefon, jakby moja świadomość oczekiwała na wiadomość. Wydaje mi się, że brak tej wiadomości był najlepszym komunikatem. Starałem się skupić jak najmocniej na odbywających się dziś lekcjach, co w pewnym stopniu ograniczało moje myślenie o chłopaku. I jednym, i drugim. Pff, jakbym już nie miał co robić, tylko domyślać się co między nimi zaszło. Przestałem o tym myśleć, a koniec lekcji nadszedł szybciej niż się tego spodziewałem. Wziąłem kilka przeciwbólowych tabletek i poszedłem w stronę kawiarni. Kiedy zobaczyłem, że zbliżam się do tego budynku, przypomniałem sobie, że Yongnam też tam prawdopodobnie będzie. Przecież od wczoraj tam pracuje. Wziąłem głębszy oddech przed samym wejściem  i jedną ręką pchnąłem nie za lekkie drzwi. Przy stolikach jak zwykle siedziało sporo osób, ale za ladą nikogo nie było. Podszedłem bliżej i usłyszałem jakieś szmery na zapleczu. Znałem dokładnie wszystkie pomieszczenia w tym budynku, więc bez skrupułów minąłem ladę i uchyliłem drzwi prowadzące na zaplecze, wkładając tam głowę. Yongnam miał na sobie firmową koszulkę, stał twarzą w moją stronę i chyba mnie zauważył, ale nie dał tego po sobie poznać. Naprzeciw niego stał Chandu, plecami do mnie, i najwyraźniej był wzburzony.
- …Junhong to rozpieszczony dzieciak, bezczelny i nigdy nie będę mógł go pokochać….
Wybiegłem. Ręka cholernie mnie bolała, ale szybko zdjąłem temblak utrudniający mi bieg. Ten tydzień nie mógł się gorzej zacząć. Zatrzymałem się kilka alejek dalej i otarłem płynące po policzkach słone łzy. Szlochałem tak kilka chwil, aż zorientowałem się, że ktoś za mną pobiegł.

Chandu's eyes:

Ehhh, rano pracowało mi się dobrze, dopóki nie przyszedł ten debil. Miałem z ojcem wczoraj poważną rozmowę na jego temat, jednak natychmiast potrzebujemy kogoś do pomocy w kawiarni, a Han jak na razie jako jedyny się zgłosił. Nie mam wyboru, muszę go tolerować. Swoją drogą, ciekawe   czemu się spóźnił. Mam nadzieję, że nie rozmawiał z Hongim. Jak zwykle pewnie wkroczył do kawiarni, a tata zajął się objaśnianiem mu jego obowiązków. Przez cały dzień starałem się go unikać i odzywać się do niego tylko w ostateczności. Jego zadowolony z mojej męczarni uśmiech jeszcze bardziej mnie irytował.
- Zamówienie numer 7.
Podałem mu karteczkę z zamówieniem i jak najszybciej zniknąłem mu z pola widzenia.
- Możesz tu na chwilę podejść?
Spytał tak uprzejmym głosem, że miałem ochotę włożyć jego głowę do kibla. Niechętnie wszedłem na zaplecze i stanąłem naprzeciw Yongnama.
- Z czym masz problem?
- Jak to się stało, że teraz jesteś z Junhongiem?
- Pytałem, z czym masz problem?
Czułem, że robię się czerwony na twarzy, a on tylko się cieszył.
- No właśnie z tym mam problem. Nie wiem jak to się stało, że nagle z nim jesteś. Pamiętasz, co kiedyś mi o nim opowiadałeś?
- Słuchaj, pewne rzeczy się zmieniły. Kocham Junhonga. Racja, kiedyś mówiłem, że Junhong to rozpieszczony dzieciak, bezczelny i nigdy nie będę mógł go pokochać, ale to było zanim go poznałem. Zmieniłem się. Teraz jest dla mnie najważniejszy na świecie i daj mu spokój.
Yongnam zaczął się wyraźnie śmiać pod nosem. Nie patrzył teraz na mnie, tylko gdzieś w tył. Podbiegłem do drzwi i zobaczyłem oddalającego się Junhonga. Cholera.  
- Pozwól, że się tym zajmę.

Z uśmiechem na ustach Han wypchnął mnie z drzwi i pobiegł za moim ukochanym. 




~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dziękuję za czytanie ~ 
Hwaiting ~

wtorek, 25 marca 2014

Fluttering Whisper / rodział II /

Taak, drugi rozdział....to jakaś maskara >.< przepraszam Was, ale sam się nudziłem jak to pisałem. NIe lubię zostawiać spraw niedokończonych, więc doprowadzę to opowiadanie jak najszybciej do końca. Przynajmniej sie postaram.
Cóż, ponoć wszystko się kiedyś zmienia. Wydaje mi się, że ja wciąż jestem taki sam, że stoję w miejscu. Chociaż lepiej stać w miejscu niz sie cofać, prawda?
Dziękuje Wam za wszystko. Take care.
Miłego czytania ~



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Co Ty tu w ogóle robisz?!
Ciemnowłosy gość uśmiechnął się wesoło i podbiegł do Chandu. Chciał się przywitać, ale trzymający mnie za ramię chłopak gwałtownie zrobił krok w tył, ciągnąc mnie za sobą.
- Ał! Nie zapominaj, że wszystko mnie boli!
Musiałem dopomnieć się o trochę uwagi ze strony własnego chłopaka, który wpatrzony był teraz w obcego. Swoją drogą, ten chłopak, na którego widok Chandu tak się wściekł, wyglądał bardzo sympatycznie. Ładnie ułożona, czarna grzywka. Czarne rurki, czarny podkoszulek z dekoltem w serek, czarna kurtka. Aj, dużo czarnego. Jednak całość prezentowała się dość dobrze, przez co chłopak naprawdę mi się spodobał.
- Przepraszam Hongie, zapomniałem.
Chandu przytrzymał mnie delikatniej, a później znów spojrzał na tego kolesia.
- Wynoś się stąd. Nie chcę z Tobą gadać.
- Wyluzuj stary, nie przyszedłem tu do Ciebie.
Gość był zdecydowanie zbyt pewny siebie, ale jakoś pasowało to do jego wyglądu. Przyglądałem mu się dokładnie, a on z uśmieszkiem puścił do mnie oczko. Co on sobie wyobraża?
- Nawet nie wiedziałem, że Cię tu spotkam. Choć to miła niespodzianka, zważając na to, jak śliczny jest Twój kolega.
Boże, co to za typ.  Sam podparłem się o krzesło, a Chandu zrobił kilka kroków w kierunku tego gbura, żeby wyjaśnić mu czyim jestem chłopakiem.  Chwycił przybysza za koszulkę i przyciągnął bliżej siebie.
- Posłuchaj. Junhong jest mój, trzymaj się od niego z daleka.
- Piękne imię, pasuje Ci.
Koleś nie patrzył na trzymającego go Chandu , ponieważ za bardzo skupiał się na wysyłaniu mi bezczelnych uśmieszków. Mój chłopak potrząsnął mocnej ciemnowłosym.
- Jeszcze jedno słowo i…
- Co tu się dzieje?
Z zaplecza właśnie wyszedł tata Chandu, pan Park.
- Dzień dobry.
Ukłoniłem się grzecznie, wciąż trzymając się za bolącą nerkę.
- Nic, tato.
Chandu puścił koszulkę chłopaka i stanął zaraz obok mnie.
- Tato? To Twój ojciec?
Ten fakt wyraźnie rozbawił naszego gościa. Zaśmiał się głośno, jakby ta sytuacja potrzebowała ironicznego śmiechu w tle.
- Pan do mnie?
Tata Chandu potrafi byś surowy, ale ogólnie jest w porządku. Akceptował nasz związek i to było najważniejsze.  Irytujący chłopak opanował śmiech i odezwał się dziwnie normalnym głosem.
- Tak. Nazywam się Han Yongnam, przyszedłem w sprawie pracy.
- W takim razie proszę za mną.
Pan Park odwrócił się i ruszył w stronę swojego gabinetu.
- Tato! Nie możesz go tu zatrudnić!
Chandu krzyknął trochę rozpaczliwie, raniąc moje uszy.
- Ja decyduje o tym, kto tu pracuje.
Tak, zdecydowanie potrafi być surowy. Powiedział to bez obrotu w naszą stronę, a Yongnam poszedł za nim.
- Mam nadzieję, że będziemy się częściej widywać, słoneczko.
Kolejny uśmiech skierowany do mnie.  Zanim Chandu zdążył coś odpowiedzieć, jego ojciec i Yongnam zniknęli za drzwiami gabinetu.  Chłopak był wyraźnie rozgoryczony, zaciskał pięści.
- O co chodzi z tym Yongnamem?
- Nie wymawiaj jego imienia!
Chandu krzyknął na mnie wściekle. Potarł mocno skronie i oczy, starając się uspokoić.
- Przepraszam. Mieliśmy iść na górę, chodź.
Objął mnie ramieniem, ale czułem, że wciąż jest  zdenerwowany. Schodami obok gabinetu jego ojca weszliśmy do części mieszkalnej.
- Nigdy o nim nie wspominałeś. Kto to?
Chciałem się dowiedzieć, czemu widok tego Yongnama tak zdenerwował Chandu. Trzeba przyznać, koleś był skończonym idiotą, ale wydaje mi się, że nie tylko dlatego tak się nie lubili. 
- Nikt. Zapomnij. Miejmy nadzieję, że nie dostanie tu pracy i nie będziemy musieli go więcej oglądać.
Przestałem naciskać, nie chcąc denerwować chłopaka jeszcze bardziej. Musi mieć jakiś powód, skoro nie chce powiedzieć. Trudno, nie muszę wiedzieć wszystkiego.
- Usiądź u mnie, zaraz się umyjesz i pojedziemy do lekarza.
Chandu wydawał się wyraźnie spokojniejszy. Uśmiechnął się do mnie i poszedł do kuchni, pewnie zrobić herbaty. Sam wszedłem do pokoju, gdzie było posprzątane jak zawsze. Chciałbym tez tak mieć. Niestety jestem zbyt leniwy, żeby na bieżąco utrzymywać porządek. Ostrożnie usiadłem na łóżku, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o niebieską ścianę. Ciemnogranatowe ściany ładnie współgrały z białymi meblami i dodatkami. Ten pokój po prostu nie mógłby być zaśmiecony. Zawsze panuje tu harmonia. Dlatego lubiłem tu spać. W nocy świecący księżyc wdzierał się przez okno dachowe, zostawiając na ciemnych ścianach jasne poświaty. A do tego Chandu leżący obok. Uśmiechnąłem się, na chwilę zapominając o bolącym ciele.
- Napij się.
Chandu wszedł do pokoju, podał mi kubek z herbata i usiadł obok mnie. Chwyciłem za gorący kubek, prostując się, żeby nie wylać. Chandu wziął jedną z wilgotnych chusteczek leżących na biurku i potarł  moje czoło, odgarniając mi grzywkę.
- Bardzo Cię boli?
Zmrużyłem oczy, odkładając kubek na stolik stojący przy łóżku. Chłopak przysunął się bliżej i objął mnie znowu, tym razem czulej. Ochłonął już po tej akcji na dole. Wytarł mi dokładnie twarz, kilka razy specjalnie zahaczając o mój nos. Wziął kolejną chusteczkę i mocno potarł mi nią usta, aż poczułem gorzki smak środka odkażającego.
- Fuuu, przestań!
Obaj zaczęliśmy się śmiać, a ja starałem się delikatnie odepchnąć rękę chłopaka od moich warg.
- Ej, nie możesz być taki brudny.
Chandu rzucił chusteczkę gdzieś na biurko i popatrzył mi prosto w oczy. Przysunął swoją twarz bliżej mojej i delikatnie polizał językiem moje wargi. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, a Chandu tylko zaśmiał się pod nosem, czując smak odkażacza. Położył rękę na moim udzie i znów polizał moje usta, tym razem od razu przykładając do nich swoje. Nachylił się w moim kierunku, a moje obolałe ciało znów o sobie przypomniało.
- Au..
Jęknąłem, gryząc przez przypadek Chandu w dolną wargę. Odsunął się i otarł kropelkę krwi ze swoich ust.
- Przepraszam.
Poczułem się zażenowany, więc odwróciłem wzrok.
- Nic się przecież nie stało. Zapomniałem, że mieliśmy jechać do lekarza. Wstawaj.
Poczochrał mi wcześniej ułożoną grzywkę i poszedł do kuchni po kluczyki do samochodu.
- Wiesz, właściwie nie musimy jechać. Już mi lepiej, poleżę chwilkę i wszystko mi  przejdzie.
Nie chciało mi się ruszać, wolałbym zostać na mięciutkim łóżku i całować się z chłopakiem. Uśmiechnąłem się przekonywująco, ale to chyba już nie działało na Chandu.
- Nie dyskutuj.
Brązowowłosy wystawił mi język i pomógł zejść po schodach na dół.  W kawiarni wciąż było pełno ludzi, ale na szczęście nie spotkaliśmy tego Yongnama. Nie było go. Wsiedliśmy do stojącego przed budynkiem samochodu, zajmując przednie siedzenia. Grzecznie zapiąłem pasy, a Chandu włożył kluczyk do stacyjki i poprawił lusterka. Prawo jazdy zrobił całkiem niedawno, ale był dobrym kierowcą. Za kółkiem czuł się pewnie, co dało się odczuć, gdy prowadził. Ruszyliśmy w stronę szpitala, oddalonego o jakieś 15 km.
- Chandu? Nie denerwuj się tak więcej, proszę.
Zacząłem, nie wspominając już o ciemnowłosym ignorancie.
- Przepraszam. Po prostu ta sytuacja mnie zaskoczyła. Nie będę już taki, obiecuje.
Chandu popatrzył na mnie i uśmiechnął się powoli. Nie lubiłem, kiedy robił się zły. Trochę mnie wtedy przerażał. Kiedy był zdenerwowany, potrafił krzyczeć bardzo głośno, czego mogłem doświadczyć podczas wielu naszych kłótni. Po kilku minutach dojechaliśmy do miejskiego szpitala, gdzie ktoś miał sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku. Chandu zaparkował i położył rękę na oparciu mojego fotela.
- Junhong, naprawdę Cię kocham. Wracaj szybko, poczekam tutaj.
Nachyliłem się w jego stronę, a chłopak pocałował mnie w czoło. Wysiadłem z samochodu już prawie nie odczuwając bólu. Chyba nie zrobili mi aż takiej krzywdy jak się wydawało. Wszedłem na izbę przyjęć, gdzie pełno było biegających funkcjonariuszy. Jakaś sympatyczna pielęgniarka założyła mi na lewą rękę temblak i kazała poczekać kilka minut na przyjęcie. Oczywiście nie obyło się bez pogadanki o mojej nieodpowiedzialności.
- Powinien pan od razu tu przyjechać. Jeśli ma pan jakiś poważny uraz, może być naprawdę nieciekawie.
Z surową miną kobieta poszła w stronę gabinetu lekarskiego. Czekając na swoją kolej, siedziałem na niewygodnym krześle i myślałem o Yongnamie. Moja niezaspokojona ciekawość była wręcz męcząca. Nie dawała mi spokoju. Nie chciałem znów o tym mówić, bo Chandu by się wkurzył. Sam mógłbym spytać tego Yongnama, ale jest skończonym idiotą i rozmowa z nim to nie najlepszy pomysł.
- Następny.
Usłyszałem zza rogu i poszedłem w stronę gabinetu.

***

Wyszedłem ze szpitala i skręciłem lekko w prawo, gdzie stał nasz samochód. Chandu opierał się o maskę pojazdu, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Świeciło słońce, więc lekko mrużył oczy, ale to nie odejmowało mu uroku. Piękny jak zawsze. Podszedłem bliżej samochodu, trzymając jedną rękę we wcześniej założonym temblaku.
- Co masz z ręką?
Głos mu trochę zadrżał, ale chciał dać po sobie poznać zdenerwowania.
- Nic poważnego, ale muszę ją trzymać nieruchomo przez kilka dni. Po drodze do domu możemy jeszcze wstąpić do apteki? Muszę kupić kilka tabletek.
Chandu otworzył mi drzwi do samochodu z uśmiechem.
- Pewnie, żaden problem.
Pojechaliśmy prosto do apteki, gdzie wykupiłem przepisane przez lekarza leki przeciwbólowe. Przez następne kilka dni mogę odczuwać ból przy poruszaniu się, więc raczej leki się przydadzą. Kiedy dojechaliśmy do mojego domu, było już późno. Wydarzenia dzisiejszego dnia sprawiły, że szybko stał się przeszłością. Tyle się działo, ale nie było źle. Oprócz tego, że mnie pobili, a Chandu wkurzył się za sprawą jakiegoś podejrzanego typa. Mój chłopak zatrzymał samochód tuż pod moją bramka i chyba czekał, aż coś powiem.
- Chodź ze mną do środka.
- Właśnie miałem zamiar Cię odprowadzić.
Wyszliśmy z samochodu, a Chandu cały czas mnie obejmował i pomagał mi iść. A przecież nogi mam zdrowe, to ręka mnie boli. To i tak miło z jego strony. Moich rodziców nie było w domu, więc na szczęście nie musiałem im tłumaczyć całej sytuacji. Przynajmniej na razie. Chandu zrobił herbatę, a ja rozłożyłem na kuchennym stole tabletki i od razu podpisałem, które mogę ile razy zażywać. Wolałbym się nie pomylić.
- Gdzie Twoi rodzice?
- Nie wiem, chyba jeszcze nie wrócili z pracy.
Nie byli pracoholikami, ale musieli dużo czasu poświęcać prowadzonej przez nich firmie.
- Słuchaj, co im powiesz jak Cię zobaczą?
Chandu postawił przede mną kubek z parującym naparem z liści i, siadając naprzeciwko, spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Prawdę. Że mnie pobili.
- Serio, Hongie? Przecież będą chcieli wiedzieć, kto to zrobił, pójdą z tym do szkoły, na policję…
To brzmiało nawet logicznie. Może lepiej nie robić z tego takiej afery? W końcu to było tylko jakieś głupie nieporozumienie.
- To może nie zauważą.
- Z pewnością. Masz pełno siniaków, podbite oko, usztywnioną rękę i musisz brać leki przeciwbólowe.
Czy on zawsze musi być taki cyniczny?
- Siniaki to nie problem. Z cudami kosmetycznymi mamy raz-dwa się ich pozbędę. Gorzej będzie z ręką, ale może też się uda. Po prostu nie będę nosił temblaka przy nich, tylko poza domem. Albo w swoim pokoju, wiesz, że rzadko tam wchodzą.
Wziąłem łyk herbaty, a Chandu popatrzył na mnie jakby z politowaniem.
- Zobaczysz, uda się.
Wystawiłem mu język i wstałem od stołu, wkładając kubek do zmywarki.
- To idziemy na górę? Zostawiłem rano bałagan, ale szybko to ogarnę i…
- Właściwie to powonieniem się już zbierać, późno jest. 
Chandu wstał i podszedł bliżej, żeby się pożegnać.
- Oj nie, zostań jeszcze, nie masz nic lepszego do roboty. A ja jestem poobijany i potrzebuje kogoś, kto się mną zajmie.
Zrobiłem minę słodkiego szczeniacza i liczyłem, że Chandu zgodzi się zostać jeszcze chwilkę.
- Ehh, no dobra. Ale nie zostaje na noc.
Stanowczo musiał zaznaczyć, że będę musiał spać dziś sam. Cały Chandu.
- To może mi coś zagrasz?
Wesołym krokiem przeszedłem do salonu, gdzie w rogu stało elektryczne pianino. Usiadłem na kanapie, ostrożnie układając sobie rękę na poduszce. Uwielbiałem słuchać go jak grał. Lata szkoły muzycznej naprawdę się opłacały. Chandu podszedł do instrumentu, podniósł klapę i delikatnie wydobył z pianina pierwsze dźwięki. Całymi godzinami mógłbym tak siedzieć, rozkoszując się każdym granym prze niego utworem. Nie wyglądał na takiego artystę, ale kiedy grał, zmieniał się zupełnie. Jego dłonie tak lekko dotykały klawiszy, jakby chciał je tylko musnąć. Położyłem głowę na oparciu kanapy. Każda nuta otulała moje już mniej bolące ciało. Chandu i jego muzyka to dla mnie najlepsze ukojenie. Wszystkie dźwięki wydobywające się z instrumentu przenosiły do mnie cząstkę chłopaka, który zajmował pierwsze miejsce w moim sercu. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Niestety Chandu nieoczekiwanie przerwał grę, chwytając się za kieszeń w której wibrował telefon. Musiałem odłożyć dalsze rozkoszowanie się grą Chandu na później, ponieważ chłopak odebrał telefon i szybko tego pożałował.
- Słuchaj, chciałem Ci tylko przekazać, że naprawdę się cieszę. Twój tata bez problemu mnie przyjął, więc będziemy się częściej widywać. Cała nasza trójka. Choć oczywiście Ty będziesz zbędny, haha.






~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzięki za czytanie. 
Hwaiting ~  

piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowy Taoris ^^

O matko, dwa posty w jednym miesiącu o.o co sie ze mną dzieje xD
Z okazji Walentynek życzę Wam wszystkiego najlepszego, dużo tej prawdziwej miłości i gorących kochanków ^^
Sam średnio gram w kosza, więc Tao... no xD
Miłego czytania :) Take care ~



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Dwa kroki, wybicie i rzut. Aś, czemu pomimo tylu prób nie idzie mi to tak dobrze jak innym? Już od kilku godzin trenowaliśmy koszykówkę, a ja wciąż psułem każdą podaną do mnie piłkę. Pozostała jedenastka naprawdę starała się mnie wspierać, ale bądźmy szczerzy, koszykówka to nie mój sport. Na moje nieszczęście, jestem uparty. Postanowiłem sobie, że nauczę się grać. Albo przynajmniej, że nie będę za każdym razem gubił piłki. Ustawiłem się do rzutu, jednak nie dorzuciłem nawet do obręczy.
- Tao, czekaj, pomogę Ci.
Sehun podbiegł do mnie i zaoferował swoją pomoc, widząc jak się mecze. Stanął tuż za mną i dotknął swoją klatką piersiową moich pleców. Wydaje mi się, że wywołało to na jego twarzy uśmiech. Uniosłem piłkę do góry, a Sehun położył swoje dłonie na moich.
- Musisz trzymać ją pewniej, nie bój się.
Młodszy silniej zacisnął palce wokół moich. Nie wiem, co próbował tym osiągnąć.
- Może lepiej ja mu to pokaże.
Ktoś wysoki wyrwał mi piłkę z ręki, a Sehun momentalnie się ode mnie odkleił. Kris machnął na znak, że może już sobie iść, a najmłodszy odszedł niepocieszony. Teraz Kris stanął za mną, dopasowując się idealnie do mojego ciała. Uśmiechnąłem się. Nic nie może się równać z dotykiem mojego gege. Jego ramiona otulały mnie rozkosznie, przez co kompletnie zapomniałem, że jesteśmy na treningu.
- Tęskniłem za tym. 
Wyszeptałem, a Wu Fan oparł brodę na moim ramieniu i dmuchnął mi delikatnie ciepłym powietrzem w szyje.
- Ja też, nadrobimy wszystko w dormie.
Obaj się uśmiechnęliśmy, a Kris uroczo złożył pocałunek na moim uchu. Razem trzymając ręce na piłce, udało nam się nawet trafić do kosza. Wiedziałem. Kiedy jestem z moim Krisem, wszystko jest możliwe. Kris odwrócił mnie do siebie.
- Potrenuj jeszcze.
Przybiliśmy sobie piątki, a Kris z uśmiechem poszedł w stronę szatni.
- Tao, zbieramy się, idziesz?
Luhan krzyknął do mnie. Zza jego pleców wychylał się Sehun i podejrzanie na mnie patrzył.
- Poćwiczę jeszcze, idźcie, zaraz do was dołączę. 
Pozostali członkowie wyszli z hali, zostawiając mnie samego. Uparłem się już, że nauczę się grać, więc tak zrobię. Przebiegłem kilka metrów kozłując i zatrzymałem się do rzutu. Pudło. Kurwa. Spróbowałem jeszcze raz.  I jeszcze raz.  Nie znoszę tego uczucia, kiedy bardzo chce coś zrobić, a mi nie wychodzi.
- Dobra, ostatni raz.
Wziąłem rozbieg i niezdarnie rzuciłem piłkę przed siebie. Przynajmniej dotknęła obręczy. Zły na siebie, zostawiłem piłkę na podłodze i poszedłem do szatni. Na ławce położyłem dopiero co zdjęty podkoszulek, z torby wyciągnąłem ręcznik i żel pod prysznic. Eh, chce zmyć z siebie złość. Głupia koszykówka. W pomieszczeniu obok znajdowało się kilkanaście pryszniców, oddzielonych od siebie cienką dyktą. Kilka z nich było zajęte, więc znalazłem jeden, który wydawał się pusty i otworzyłem drzwi.
- Boże, przepraszam, nie chc...
Czy ja muszę mieć takie szczęście? Kabina do której chciałem wejść oczywiście była zajęta.
- Czekaj, zostań.
Znajomy mi głos zatrzymał mnie w bezruchu. Już miałem zamknąć te drzwi, ale wróciłem się na polecenie mężczyzny i dopiero teraz mu się przyjrzałem. Kris stał nagi pod słuchawką prysznica, a spływająca po nim woda sprawiała, że jego ciało nabierało połysku.
- Co Ty tu jeszcze robisz?
Poczułem się pewniej i wszedłem do kabiny, zamykając ją od środka.
- Czekałem na Ciebie. Nie szło Ci najlepiej, chcę Ci choć trochę poprawić humor.
Kris zrobił krok w moją stronę i położył dłoń na moim nagim ramieniu. Wilgotne włosy delikatnie opadały mu na oczy, ale wciąż mogłem dostrzec w nich ten blask.  
- Kris, jestem zmęczony, spocony i zły. Mieliśmy nadrobić to dormie, pamiętasz?
Spojrzałem jeszcze raz na ciało chłopaka. Eh, czemu musi być taki idealny? Jego mięśnie, skóra, wszystko. Jestem zmęczony, nie mam teraz ochoty na zabawę. Chciałem to sobie wmówić. Oblewająca jego ciało woda wcale mi nie pomagała. Każda kropelka wydawała się być malutkim diamencikiem zdobiącym jego roznegliżowane ciało. Chrzanić zmęczenie. Nie można oprzeć się komuś tak perfekcyjnemu.
- To jak będzie?
Kris znalazł się jeszcze bliżej, przesuwając rękę z mojego ramienia na szyję.
- Chodź do mnie, mały.
Obaj się uśmiechnęliśmy i zatopiliśmy się w namiętnym pocałunku. Kris nie postępował ze mną delikatnie, ale przecież nie robiliśmy tego pierwszy raz. Przycisnął mnie mocno do siebie, żeby sięgnąć głębiej mojego gardła. Jęczałem z przyjemności, a Kris spuścił ręce i zaczął ściągać moje spodenki.
Zanim sam by to zrobił minęłaby wieczność, więc pomogłem, samemu ściągając dolne części garderoby. Byłem już wystarczając podniecony, Kris też. Gładziłem rękami po jego plecach, delikatnie go drapiąc, uwielbia to.
- Teraz przynajmniej nie musisz brać prysznica sam.
Kris wyszeptał, a ja przewróciłem oczami słysząc tą głupią uwagę. Pocałowałem go kilka razy w szyję, a moje usta zostawiły za sobą pulsujące ślady. Ciepła woda dopieszczał nasze i tak już rozgrzane ciała, co czyniło tą chwilę jeszcze przyjemniejszą. Zupełnie ignorowaliśmy fakt, że nie byliśmy tam sami. Co nas to obchodzi. Mi by nie przeszkadzały jęki z kabiny obok. Starszy wziął do ręki mojego penisa i zaczął powoli go stymulować. Ociągałem się chwilę ze zrobieniem tego samego, ale rosnąca męskość Wu Fana wyraźnie się o to dopominała. Kilka razy przejechałem palcami po jego udach, aż w końcu moja ręka sięgnęła tam, gdzie powinna. Po kilku chwilach igraszek Kris odwrócił mnie tyłem do siebie i przyparł mnie do ściany. Zimne płytki, których dotknąłem, tworzyły kontrast z nagrzanym ciałem chłopaka stojącego tuż za mną. Bez zbędnych zabaw Kris wszedł w mnie głęboko, a wydałem z siebie donośny dźwięk zadowolenia. Zapewne wzbudziłem tym ciekawość osób myjących się w kabinach obok. Można by pomyśleć, że to sex jak każdy. Jednak kiedy robiliśmy to z Wu Fanem, każda noc była inna i wyjątkowa. To nie był tylko sex. Nie da się opisać tego, co wtedy czuliśmy. To takie…magiczne. Kris wypełniał mnie dostatecznie, pocierając mocno o zaciskające się na nim mięśnie. Wciąż dotykał mojego penisa, więc w miarę szybko doszedłem w jego dłonie. Tempo naszych ruchów przyspieszało z każdą minutą. Kris doświadczył orgazmu zaraz po mnie, opierając się mocnej o ścianę. Dyszeliśmy ciężko, a unosząca się wszędzie para utrudniała oddychanie.
- Co, jeszcze raz?
Kris wysapał łapiąc oddech, a ja kiwnąłem głową, uśmiechając się pod nosem.

- T-tak. W końcu są Walentynki.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dziekuję za czytanie. 
Kocham Was. 
Hwaiting ~